Franek i pierwszy dzień w szkole

Franek siedział przy kuchennym stole i wpatrywał się w miskę. W brzuchu miał dziwny, ciasny supełek. — Ten supełek to trema i wolno ją czuć — powiedziała Mamusia i podsunęła Frankowi kubek. — Każdy ją ma, kiedy zaczyna coś nowego. Nawet dorośli. — A twoją salę łatwo poznać: ma na drzwiach namalowaną sowę.

Przed wielką bramą kłębił się tłum dzieci z plecakami. Franek ścisnął dłoń Mamusi trochę mocniej niż zwykle. Mamusia kucnęła i zamknęła Franka w wielkim, mocnym przytulasie. — Serce ci szybko bije? To znaczy, że robisz coś odważnego — szepnęła Frankowi do ucha. Franek kiwnął głową i zrobił pierwszy krok na szkolny dziedziniec.

W środku było głośno, a końca korytarza nie było widać. Po obu stronach ciągnął się równy rząd jednakowych, drewnianych drzwi. Obok przebiegały dzieci, które doskonale wiedziały, dokąd idą. Franek rozglądał się w prawo i w lewo. Na żadnych drzwiach nie było sowy, a supełek zacisnął się mocniej.
