Legenda o smoku wawelskim

Tego ranka Wisła płynęła przez Kraków tak cicho, jakby i ona bała się obudzić coś strasznego. W całym mieście okiennice były zatrzaśnięte na głucho, a w powietrzu wisiał nienaturalny chłód. Hania szła ścieżką wzdłuż brzegu, a jej małe buciki jako jedyne przerywały głuchą ciszę. Mijała puste stragany, czując, jak serce bije jej coraz szybciej. Ostatni rycerz uciekł stąd wczoraj, nawet się nie oglądając. Tam, gdzie kiedyś tętniły życiem stragany, zdążyła zarosnąć trawa. Hania zacisnęła piąstki. Choć bardzo się bała, nie zawróciła. Musiała zobaczyć to, przed czym uciekli wszyscy dorośli.

Nad rzeką, na niskim stołku, siedział szewc. Zszywał but grubą nicią, jakby zupełnie nic się nie wydarzyło. — Szukasz kłopotów, mała? — zapytał, nie podnosząc głowy, ale w jego szorstkim głosie kryła się nuta troski. — Chcę tylko wiedzieć, gdzie się wszyscy podziali — odpowiedziała Hania, starając się, by jej głos nie drżał. — Miasto wygląda, jakby nagle zasnęło. Skuba odłożył igłę i spojrzał na nią ciężko. — Bo w jaskini pod wzgórzem mieszka smok — powiedział cicho, a na to słowo po plecach Hani przebiegł zimny dreszcz. — Całe miasto wstrzymuje oddech. Co wieczór ludzie zostawiają mu owcę, żeby był najedzony i nie wychodził, a potem chowają się w domach. Hania szeroko otworzyła oczy i mimowolnie cofnęła się o krok. — To... to może ja już sobie pójdę — szepnęła, nagle tracąc całą swoją odwagę. — No proszę. — Skuba uśmiechnął się kącikiem ust, a jego twarz na moment złagodniała. — Pierwsza rozsądna rzecz, jaką dziś słyszę.

Ale ciekawość Hani okazała się silniejsza niż strach. O zmierzchu, stąpając cichutko na paluszkach, podkradła się pod jaskinię i wcisnęła w najgłębszy cień między głazami. Na płaskim kamieniu czekała już owca. Nagle z wnętrza góry buchnęło gorące powietrze, a w nosie Hani zakręcił duszący zapach zgniłych jaj i dymu. Z mroku wyłonił się smok. Był wielki jak dom, jego łuski zgrzytały o skały, ale wyglądał na... potwornie znudzonego. Jak ktoś, kto od tygodni je na obiad to samo. Nawet nie obejrzał owcy. Nawet jej nie obwąchał. Kłapnął raz, potężnie, i połknął ją w całości, jak małą śliwkę. — Ty w ogóle nie patrzysz, co jesz — szepnęła Hania, szeroko otwierając oczy. W jej głowie trybiki zaczęły układać się w genialny plan.
