Franek i pierwszy dzień w szkole
Franek pierwszy raz idzie do szkoły z supełkiem w brzuchu i jedną wskazówką: jego sala ma na drzwiach namalowaną sowę. W korytarzu pełnym jednakowych drzwi spotyka Marysię, która boi się tego samego — i od tej chwili szukają jej już razem.

Franek siedział przy kuchennym stole i wpatrywał się w miskę. W brzuchu miał dziwny, ciasny supełek. — Ten supełek to trema i wolno ją czuć — powiedziała Mamusia i podsunęła Frankowi kubek. — Każdy ją ma, kiedy zaczyna coś nowego. Nawet dorośli. — A twoją salę łatwo poznać: ma na drzwiach namalowaną sowę.

Przed wielką bramą kłębił się tłum dzieci z plecakami. Franek ścisnął dłoń Mamusi trochę mocniej niż zwykle. Mamusia kucnęła i zamknęła Franka w wielkim, mocnym przytulasie. — Serce ci szybko bije? To znaczy, że robisz coś odważnego — szepnęła Frankowi do ucha. Franek kiwnął głową i zrobił pierwszy krok na szkolny dziedziniec.

W środku było głośno, a końca korytarza nie było widać. Po obu stronach ciągnął się równy rząd jednakowych, drewnianych drzwi. Obok przebiegały dzieci, które doskonale wiedziały, dokąd idą. Franek rozglądał się w prawo i w lewo. Na żadnych drzwiach nie było sowy, a supełek zacisnął się mocniej.

Kawałek dalej Franek zobaczył dziewczynkę, która stała zupełnie sama. Opierała się plecami o ścianę i mocno ściskała materiał sukienki. Wyglądała, jakby też zgubiła drogę. Franek podszedł i zatrzymał się tuż obok niej. — Zgubiłaś się? — zapytał cicho.

Dziewczynka spojrzała na Franka wielkimi oczami i powoli pokręciła głową. — Mam na imię Marysia i szukam drzwi z sową — powiedziała. Wypuściła materiał z rąk i westchnęła. — Boję się też, że nikt nie będzie chciał się tu ze mną bawić.

Franek uśmiechnął się, chociaż wcale nie było mu do śmiechu. — Ja jestem Franek i mnie też ściska w brzuchu. Wskazał palcem w głąb korytarza. — Mamusia mówiła, że ta sowa gdzieś tu jest, więc poszukajmy jej razem. Marysia odkleiła się od ściany i ruszyła tuż za Frankiem.

Poszli dalej i z każdym krokiem robiło się jaśniej. Na samym końcu tego korytarza było wielkie okno, przez które wpadało słońce. Zaczęli sprawdzać drzwi po kolei i liczyć je na głos. — Jeden, dwa, trzy — odliczał Franek na palcach. — Cztery, pięć — dodawała Marysia, idąc krok w krok obok.

Przy szóstych drzwiach Franek stanął jak wryty. Na samym ich środku ktoś namalował wielką, kolorową sowę. Franek spojrzał na Marysię, a ona uśmiechnęła się szeroko. Supełek w brzuchu nagle zaczął puszczać. Franek nacisnął klamkę i weszli razem do środka.

W sali pachniało kredkami, a na środku stała uśmiechnięta Pani Ania. — O, sowy się schodzą! A kto do nas przyszedł? — zapytała wesoło. Franek pierwszy podniósł rękę. — Ja jestem Franek, a to jest Marysia. Marysia kiwnęła głową i stanęła tuż obok.

Na długiej przerwie wybiegli na podwórko. Chłopiec z klasy zawołał ich do berka i Marysia pobiegła pierwsza. Potem usiedli na ławce, bez tchu i z czerwonymi policzkami. — Dobrze, że mnie rano znalazłeś — powiedziała Marysia. Franek pomyślał, że bez niej sowa mogłaby się w ogóle nie znaleźć.

Wieczorem w kuchni pachniało kolacją. Franek opowiadał Mamusi o wielkiej sowie i o Marysi. Potem podszedł do ściany, na której wisiała rodzinna mapa pierwszych razów. Franek przykleił na niej mały rysunek szkoły, tuż obok rysunku przedszkola. — Jutro znowu tam idę — powiedział Franek, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Koniec




