Pierwsza wizyta u dentysty
Tosia idzie pierwszy raz do dentystki i zabiera pluszowego krokodyla Kłapka. Pani Jagoda najpierw liczy zęby krokodylowi, fotel jeździ jak winda, a buzię otwiera się jak lew.

Przy kolacji Mamusia odstawiła kubek i powiedziała: — Jutro po południu idziemy do dentystki. Pierwszy raz. Tosia znieruchomiała z kanapką w ręce. — A co ona będzie robić? — Policzy twoje zęby. Poświeci lampą i zajrzy do buzi malutkim lusterkiem na długiej rączce. A ty usiądziesz na fotelu, który jeździ w górę i w dół jak winda. Tosia spojrzała na mapę pierwszych razów wiszącą na ścianie. Winda brzmiała całkiem nieźle. Lusterko trochę mniej.

Następnego ranka Tosia posadziła na kuchennym krześle pluszowego krokodyla Kłapka. — Dzień dobry, jestem dentystką. Proszę otworzyć paszczę. Kłapek miał w paszczy cały rząd białych, filcowych zębów. Tosia liczyła je łyżeczką, ząb po zębie, i dwa razy pomyliła się przy dziewiątym. — I jak pacjent? — zapytała Mamusia znad kawy. — Zdrowy. Tylko chyba trochę się denerwuje. — Tosia przytuliła krokodyla. — Może pójdzie ze mną? Wtedy pani doktor najpierw policzy jego zęby, a ja zobaczę, jak to wygląda.

W poczekalni pachniało miętą. W dużym akwarium pływała pomarańczowa rybka i co chwilę przyklejała pyszczek do szyby, jakby też na kogoś czekała. Tosia siedziała z Kłapkiem na kolanach i machała nogami coraz szybciej. Wreszcie drzwi gabinetu się otworzyły i stanęła w nich Pani Jagoda, z rudymi lokami sterczącymi na wszystkie strony. — Dzień dobry! Podobno ktoś przyprowadził dziś do mnie krokodyla — powiedziała, rozglądając się po poczekalni. Tosia parsknęła śmiechem i wysoko podniosła Kłapka.

Gabinet był jasny, z dużym oknem pełnym nieba. Na środku stał fotel, a nad nim wisiała okrągła lampa. Mamusia usiadła na krzesełku pod oknem. — Zanim usiądziesz, pokażę ci, co tu mamy — powiedziała Pani Jagoda. Nacisnęła guzik i fotel cichutko pojechał w górę, zupełnie jak winda. Potem zjechał na dół. Lampa rozbłysła ciepłym światłem, jak małe słońce. A lusterko na długiej rączce okazało się tak malutkie, że zmieściłby się w nim jeden ząb. Tosia wdrapała się na fotel i posadziła sobie Kłapka na brzuchu.

— Pacjent numer jeden! — ogłosiła Tosia i podniosła krokodyla wysoko. Pani Jagoda z wielką powagą zajrzała Kłapkowi do paszczy. Poświeciła lampą i dotknęła lusterkiem każdego filcowego zęba po kolei, licząc na głos. — Wszystkie na miejscu — oceniła. — Widać, że ktoś tu o nie dba. Kłapek leżał spokojnie z otwartą paszczą, jakby chodził do dentystki co tydzień. Tosia przestała machać nogami. Teraz wiedziała dokładnie, co się wydarzy: lampa, lusterko, liczenie. Nic więcej.

— Teraz twoja kolej. Otworzysz buzię szeroko? — zapytała Pani Jagoda. Tosia na chwilę zacisnęła usta. Kłapek patrzył z brzucha guzikowymi oczkami, jakby chciał powiedzieć: ja już byłem. — A mogę jak lew? — Jak lew będzie najlepiej! Tosia ryknęła najgroźniej, jak umiała, i otworzyła buzię na całą szerokość. Lusterko było chłodne i gładkie. Pani Jagoda liczyła powoli, ząb po zębie, a Tosia liczyła razem z nią w myślach. — Dwadzieścia — powiedziała w końcu. — Komplet! Tosia poczuła, że policzki robią się gorące — z dumy.

Fotel zjechał na dół. — To już? — zdziwiła się Tosia. — Już. Dziś tylko się poznałyśmy — uśmiechnęła się Pani Jagoda. — Następnym razem przyjdź znowu z Kłapkiem. To bardzo spokojny pacjent. Na pożegnanie Tosia dostała naklejkę z uśmiechniętym zębem i od razu przykleiła ją sobie na dłoń. Drugą, mniejszą, dostał Kłapek — prosto na zielony nos. Mamusia nic nie powiedziała, tylko porozumiewawczo mrugnęła. Do poczekalni Tosia wyszła tak lekko, jakby miała w butach sprężynki.

Wieczorem w kuchni pachniało ciepłym mlekiem. Tosia narysowała gabinet: fotel-windę, lampę jak małe słońce i pomarańczową rybkę w akwarium. Rybka wyszła trochę za duża, prawie jak wieloryb, ale tak właśnie miało być. Potem podeszła do ściany i na rodzinnej „mapie pierwszych razów” przykleiła swój rysunek obok pozostałych. Kłapek siedział na stole i szczerzył filcowe zęby. — Policzysz mu je jeszcze przed snem? — zapytała Mamusia. — Nie trzeba. — Tosia ziewnęła szeroko, zupełnie jak lew. — Pani doktor mówiła, że wszystkie są na miejscu.
Koniec




