Sprawa uciekinierki Kiwi
Papużka Edka wyfrunęła przez uchylone okno i musi wrócić przed zmrokiem. Igor bierze lupę i notes, a wiewiórka Zenia czyta wiatr. Trzy tropy — wiatr, głos i gadająca sroka — prowadzą do ogrodu, w którym ktoś słyszał „dzień dobry”.

Na ulicy Kasztanowej rósł stary kasztan. Jego wielkie liście szumiały na wietrze, a wysoko w koronie stał mały domek pachnący żywicą. To było Biuro Zagadek. Na parapecie siedziała ruda wiewiórka z ogonem jak płomyk. To była Zenia. Mówiła dużo, ale jej słowa rozumiał tylko Igor. Inni słyszeli tylko ciche terkotanie. Dzyń-dzyń! – zadzwonił dzwonek. – Hasło? – zapytał Igor, wychylając się przez okno. Na dole stał Edek. Oczy miał mokre, a na nogach… kapcie. – Co? Jakie hasło? Eee… Makaron w kaloszach! – Skąd wiedział? – szepnęła pytająco Zenia. – Hasło przyjęte! – zawołał Igor i spuścił drabinkę.

Edek wdrapywał się tak szybko, że zgubił kapeć. – Kiwi uciekła! – wydyszał, a broda mu drżała. Kiwi to jego papużka, zielona jak wiosenny listek. Umiała powiedzieć tylko: „Dzień dobry!”. I gwizdać z Edkiem ich ulubioną piosenkę: fiu-fiu-fiuuu. – Mama sprzątała klatkę, okno było uchylone… i frrr! – chlipnął Edek. – Tata mówi, że Kiwi musi wrócić przed nocą. Na dworze jest dla niej za zimno. – Hop-hop! Zdążymy przed zmrokiem – pisnęła Zenia. Igor chwycił lupę i notes. Nie było ani chwili do stracenia. – Biuro Zagadek bierze tę sprawę! – wykrzyczał Igor.

W domu Edek szybko wskoczył w buty. Jego pokój był cichy. Za cichy. Klatka stała pusta, a na parapecie leżało jedno zielone piórko. Zenia wskoczyła na parapet obok piórka, podniosła ogon jak chorągiewkę i zamknęła oczy. – Wiatr wieje w stronę parku. Taka mała papużka nie poleciałaby pod wiatr. – Zenia mówi, że Kiwi poleciała do parku – przetłumaczył Igor. Edek usłyszał tylko terkotanie. – Skąd ona to wie? – Ona po prostu wie – uśmiechnął się Igor. – To najmądrzejsza wiewiórka na całej ulicy. Edek pierwszy raz tego dnia prawie się uśmiechnął. Trop numer jeden: wiatr.

Ulica Kasztanowa pachniała pieczonymi jabłkami. Ktoś grabił w ogrodzie szeleszczące liście, sąsiad wracał rowerem z zakupami, a pan listonosz jak co dzień wędrował od furtki do furtki z wielką torbą listów. I nagle gdzieś wysoko zabrzmiało: – Dzień dobry! – To ona! – szepnął Edek. Serce biło mu jak bębenek. Ale w koronie lipy były tylko żółte liście. Listonosz też zadarł głowę i podrapał się w czapkę. – Trzydzieści lat roznoszę listy, a pierwszy raz wita się ze mną drzewo! Ale przed chwilą coś zielonego mignęło mi nad głową. Poleciało w stronę parku. Trop numer dwa: głos.

Przy parku rósł gęsty żywopłot. I z tego żywopłotu ktoś powiedział: – Dzień dobry! – Kiwi! – Edek rzucił się między gałęzie. Ale wyskoczyła stamtąd sroka. Czarno-biała, z długim, lśniącym ogonem. – Dzień dobry! Czak-czak! Edek aż otworzył buzię ze zdziwienia. Gadająca sroka? A potem nadzieja uszła z niego jak powietrze z balonika. – Sroki naśladują głosy – wyjaśnił Igor. – Ta nauczyła się tego słowa od Kiwi. Czyli Kiwi tu była! Zenia zaterkotała coś do sroki, a sroka zaskrzeczała w odpowiedzi. Zielony gaduła poleciał tam, „gdzie dają ziarno”. Więcej sroka nie zdążyła powiedzieć, bo w oddali błysnęło coś srebrnego – i już jej nie było.

Niebo nad parkiem zrobiło się różowe jak wata cukrowa. Latarnie zaraz miały się zapalić. Igor otworzył notes. – Co wiemy? Kiwi poleciała z wiatrem. Mówi „dzień dobry” każdemu po drodze. Jest głodna i szuka miejsca, gdzie dają ziarno. – A czego nie wiemy? – zapytał Edek. – Gdzie jest takie miejsce. – Hop-hop! Jesienią ptaki zlatują się do karmników! – Zenia prawie spadła z ramienia. – A najwięcej ptaków jest zawsze u… – …pani Anieli! – dokończył Igor, a oczy mu rozbłysły. I ruszyli w stronę jej ogródka.

W ogrodzie pani Anieli pachniało słonecznikiem. Na karmniku siedziały ptaki: wróbel, wróbel, sikorka, wróbel… i jedna mała zielona kulka. – Cichutko, dzieci – szepnęła pani Aniela. – Mam dziś gościa. Bardzo dobrze wychowanego. Powiedział mi „dzień dobry”. Zielona kulka nastroszyła się na widok Edka. – Zaśpiewaj waszą piosenkę – szepnął Igor. Edek wziął głęboki oddech i cichutko zagwizdał: fiu-fiu-fiuuu. Kulka podniosła główkę i odgwizdała: fiu-fiu-fiuuu! A potem – frrr! – usiadła Edkowi na palcu, ciepła i leciutka jak listek. – Dzień dobry! – powiedziała Kiwi. Edek śmiał się i płakał naraz.

Wieczorem Kiwi siedziała w ciepłej klatce, a mama mocno przytuliła Edka. Pani Aniela dostała w podziękowaniu woreczek słonecznika dla wszystkich swoich gości. Na kasztanie paliła się lampka, a liście szeptały coś na dobranoc. Igor wpisał do Księgi Spraw: „Sprawa numer jeden: uciekinierka Kiwi”. A na marginesie: „Hasło: makaron w kaloszach”. – Sprawa zamknięta! Zenia owinęła się ogonem jak puchatym kocem.
Koniec




